Wejścia w zaczarowany świat

czwartek, 28 lutego 2013

Rozdział 3: Nienawiść czy miłość? cz. 3



 Obudziłam się z bólem pomiędzy łopatkami. Nie mogłam sobie przypomnieć gdzie się znajduję. W pomieszczeniu nie było okien ani mebli oprócz łóżka, na którym leżałam i stolika. Lampa, która wisiała nad moją głową była wyłączona. Długo rozmyślałam, wpatrując się w ciemność. Zdałam sobie sprawę co się stało. To wszystko co wydarzyło się w Sali było moją winą. Nie wiem jeszcze jak  to możliwe, ale czuję, że to na pewno ja. Nagle całe moje życie stało się bardzo odległe, poczułam, że spadam w otchłań. Nadal leżałam na łóżku, ale jednocześnie cały czas spadałam. Zwinęłam się w kłębek. Nie wiedziałam co robić. Stałam się odrętwiała.
         Dokładnie nie wiem jak długo tak leżałam. Z letargu wyrwało mnie skrzypienie zawiasów. Weszła Dona z tacą, na której znajdowała się szklanka wody i talerz z kanapkami.
- Narobiłaś na górze niemałego zamieszania. Rada cały czas zastanawia się nad tym jak to zrobiłaś – jej ton był wesoły. Jak to mogło ją śmieszyć. Jednak coś mi się nie zgadzało.
- Jak to tam na górze? To są tu jeszcze niższe kondygnacje?
_ No tak, ale ich już od dawna nie używano. Tylko w nagłych przypadkach – spojrzałam na nią zdziwiona – Nie patrz tak na mnie, nic nie wiem. A teraz zjadaj.
Posłuchałam jej, bo nie chciałam żeby się zdenerwowała. Kanapki żułam powoli i się jej przyglądałam. Kiedy skończyłam powiedziała:
- Ja nie mogę cię stąd zabrać. Musisz jeszcze trochę poczekać. Za niedługo ktoś powinien przyjść. – wstała, poklepała mnie po plecach i wyszła. Znowu zostałam sama. Nie chciałam tego. Po raz kolejny ogarnęło mnie odrętwienie. O dziwo zasnęłam.
         Śniły mi się anioły i jakaś wielka, krwawa bitwa. To był okropny koszmar. Anioły traciły skrzydła, wiły się z bólu i umierały. Mam nadzieję, że już nigdy więcej tego nie będę widzieć. Skrzypnęły drzwi. Obok mojego łóżka stanął Marcel.
- To co się stało…
- Nic nie mów! – przerwałam mu ostro.
- Skoro nie chcesz niczego się dowiedzieć to sobie pójdę. – odwrócił się i zrobił krok w stronę drzwi.
- Zaczekaj. Powiedz mi co wiesz.-  nagle nie mogłam mówić głośniej od szeptu.
- No dobrze. Fabian zrobił coś czego nikt by się nie spodziewał. Płynem w strzykawce nie był wcale silny lek uspakajający, tylko substancja, którą używali starożytni podczas walk. Jest to coś jak narkotyk. Wstrzykiwali je jeńcom, po kilku godzinach zaczynały się potworne halucynacje i koszmary. Żeby dostać odtrutkę musieli zdradzić tajemnice swojego wojska. Jeżeli tego nie zrobili następnego dnia umierali w bardzo bolesnych cierpieniach.
         Zamarłam na jego słowa. To było przerażające. Mogłam umrzeć. Widząc moją minę, nieco mnie uspokoił mówiąc:
-Spokojnie, od razu podaliśmy ci antidotum, ale nie zwalczy ono do końca objawów. Jeżeli już coś widziałaś to mi powiedz. Nie martw się zaraz razem wrócimy na górę.
Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam mu wyjawić swojego snu. Co to mogło oznaczać? Przez kilka minut toczyłam sama ze sobą walkę. W końcu jednak postanowiłam wszystko opowiedzieć.
- To bardzo niedobrze, że akurat to ci się przyśniło. To może być proroczy sen. Trzeba szybko powiadomić Radę. Chodź! – złapał mnie za rękę i wybiegliśmy za drzwi.
         Podziemie ośrodka wyglądało strasznie. Wszędzie wisiały pajęczyny. Na każdych drzwiach, które mijaliśmy, a było ich naprawdę dużo widniały dziwne znaki. Było tam też bardzo ciemno. Marcel coraz bardziej przyspieszał. Dobrze, że mnie trzymał inaczej nigdy bym za nim nie nadążyła. W końcu dotarliśmy do ogromnych schodów. Tym razem trochę zwolniliśmy. Potem pojechaliśmy windą na wyższe piętra. Marcel jak huragan wpadł do biblioteki. Zwróciły się ku nam zdziwione twarze członków Rady.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

2 komentarze:

  1. Z rozdziału na rozdział opowiadanie robi się coraz ciekawsze :) Nie mogę się doczekać następnych :)
    Psssssssst!: popełniłaś błąd w nazwie swojego drugiego bloga: nie może być "we life is great!" ponieważ tłumaczy się to jako "my życie jest świente". Domyślam się, że miałaś na celu utworzenia zwrotu "nasze życie jest świetne" więc powinno być "Our life is great!" ;) Co nie zmienia faktu, że obserwuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki! Cieszę się, że ktoś docenia moją "twórczość".
    Oj, tam, Oj tam. Przecież życie po to jest żeby popełniać błędy prawda? :)

    OdpowiedzUsuń