Wejścia w zaczarowany świat

sobota, 3 sierpnia 2013

Rozdział 6: Truskawki i słońce cz.2

- A jak bardzo?
- Nie tak bardzo jak ja, ale na tyle, żeby poradzić sobie podczas walki – zrobił tajemniczą minę.
- Aha. Fajnie wiedzieć – zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
- Przyszedłem ci powiedzieć, że przyszli twoi rodzice i chcę z tobą porozmawiać. – nic nie odpowiedziałam. Po prostu odwróciłam się i skierowałam się do środka. Nie chciałam z nimi rozmawiać, ale postanowiłam, że nie zrobię im przykrości. W pokoju znowu wzięłam prysznic, ubrałam się w sukienkę, w której nigdy wcześniej nie chodziłam. Zeszłam do Sali.
         Moi rodzice siedzieli przy jednym ze stołów i rozmawiali z Renatą. Kiedy mama mnie zobaczyła uśmiechnęła się i łzy zaczęły jej spływać po policzkach. Nie wytrzymałam. Od razu ją przytuliłam i sama zaczęłam płakać.
- Mamo, proszę nie płacz. Przepraszam was.
- Nie masz za co przepraszać. To wszystko to przecież przez nas. To my daliśmy ci ten przeklęty kamień. – tato wydawał się być zły na siebie.
- Ale nie wiedzieliście. To nie wasza wina. – jego też mocno przytuliłam. – O czym chcieliście ze mną porozmawiać?
- O wszystkim. Czy jest ci tu dobrze i w ogóle jak sobie radzisz? Strasznie za Tobą tęsknimy. Tak mi przykro, że Cię w to wszystko wplątaliśmy. – mamie plątał się język.
- Wszystko w porządku. Podoba mi się tu. Minęły dopiero niecałe 2 miesiące a ja już nie potrafię wyobrazić sobie życia bez tych ludzi. – łzy zaczęły mi się zbierać w oczach.
- Jesteśmy szczęśliwi, że też czujesz się szczęśliwa. – tato też mnie przytulił – Chcemy gdzieś wyjść z tobą. Może na lody? Jak chcesz możesz zaprosić przyjaciół. Co ty na to?
- Super! – poszłam po Donę i Marcela.  Zgodzili się. Spróbowałam też z Fabianem, ale on się nie zgodził.
         Całe popołudnie i wieczór spędziliśmy śmiejąc się i jedząc lody. Słońce cały czas świeciło. Było po prostu wspaniale. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mogłam odetchnąć. Byłam naprawdę szczęśliwa. Żeby uczcić ten piękny razem z Doną i Marcelem zrobiliśmy sobie tatuaże słońca z henny. Mama śmiała się z nas i razem z tatą uznali, że wyglądamy jak dzieci. Niestety było już późno i musieliśmy wracać do ośrodka. Pożegnaliśmy się z moimi rodzicami i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Marcel udawał tygrysa. Nawet nieźle mu szło. Skradał się i mruczał jak prawdziwy kot. Wszystkie dziewczyny, które przechodziły obok nas oglądały się za nim. Nim się obejrzeliśmy już byliśmy na miejscu.


         W środku czekała na nas niespodzianka. Poszliśmy do Sali. Tam razem z Radą siedział mężczyzna. Już z daleka wydawał się tajemniczy i niebezpieczny. Marcel znieruchomiał. 

1 komentarz:

  1. fajne :) dopiero niedawno zaczęłam czytać twojego bloga. Jest bardzo ciekawy . Już nie mogę się doczekać co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń